ASCALON

SZARŻA NA CZOŁGI 

      Ta historia wydarzyła się naprawdę. Czemu uznałem za stosowne o tym zapewniać? Czynię tak dlatego, że odnalazłem ją w legendzie opowiadanej w pobliżu Bzury, bielawskiej legendzie o „diable Borucie – czarnym ułanie”. W czasie, kiedy zbierałem materiały do wydanej przez Stadninę Koni Walewice książki p.t. „Walewicka Saga” odwiedziłem Muzeum w Łęczycy. Wśród innych eksponatów wypatrzyłem tam konne figurki wykonane przez ludowych twórców z okolic Bielaw. Po nitce do kłębka i tak ujawniła się ta autentyczna historia, którą obszerniej spisałem we wspomnianej książce. Pominę tu wątki fabularne. Przytoczę jedynie fakty, które (jestem przekonany) wymagają upublicznienia.

Otóż historycznym faktem okazała się legenda, że we wrześniu 1939 r. w pobliżu Walewic, niedaleko Bielaw, nad rzeczką Mrogą grupa ochotników z 17 Płk Ułanów wchodzącego w skład Wielkopolskiej Brygady Kawalerii wykonała szarżę na czołgi…

Takie stwierdzenie u jednych może wywołać zrozumiałe oburzenie, inni pomyślą, że to żadna rewelacja, ponieważ o szarżującej na czołgi polskiej kawalerii słyszy się od ponad pół wieku (precyzyjniej od 75 lat).

Nie jestem historykiem, ale przez szacunek dla tradycji, prawdy i w obronie honoru polskiego żołnierza podjąłem wysiłek, aby rzecz definitywnie wyjaśnić.

Trudno jest walczyć z napęczniałym podłością mitem sączonym przez faszystowską, a później rozdmuchanym przez komunistyczną propagandę. Jadem, który wniknął głęboko w świadomość powszechną.

Początek owej nieszczęsnej bajdy nie powstał, co oczywiste, na polach bitewnych września 1939 roku. Przewrotność historii polega również na tym, że jawną bzdurę wymyślono kierując się sympatią dla wykrwawiającej się w bojach jazdy. W chwili hitlerowskiej napaści na Polskę jej ambasadorem we Włoszech był znakomity kawalerzysta, generał i poeta, Bolesław Wieniawa – Długoszowski. Również w Italii wzbudzał sympatię. Był też w zażyłych stosunkach z włoskim Ministrem Spraw Zagranicznych hr. Galeazzio Ciano.

Prawdopodobnie to właśnie hr. Ciano zainicjował to, że w I połowie września jeden z bardziej poczytnych rzymskich dzienników zamieścił obszerny, wypełniony patosem artykuł. Redaktor, który go napisał, mienił się korespondentem wojennym i zapewniał o autentyczności opisanych wydarzeń. Był rzekomo naocznym świadkiem, który w duchu sympatii dla walczących z najeźdźcą Polaków ukazał ich bezprzykładne bohaterstwo, niezwyczajny heroizm obrońców Ojczyzny (twierdzi się, że takie sprawozdanie zamieścił włoski korespondent wojenny obserwujący zmagania pod Krojantami, Indro Montarelli, a może był to Cuzio Malaparte? – rzecz mniejszej wagi). Artykuł wzbogacono zdjęciem z przedwojennych manewrów kawalerii. Szczególnie wyeksponowanym przykładem owego bezgranicznego męstwa miały być te…, właśnie te „szarże ułanów na czołgi”. Efekt takiego przejawu italiańskiej sympatii okazał się dla Polaków fatalny. Wyjątkowo czujny i sprawny aparat goebbelsowskiej propagandy zareagował natychmiast. Bo też kąsek był łakomy. Gromady oszalałych, zaślepionych bezsilnością głupców, którzy na swoich konikach frontalnie atakują stalowe cielska niemieckich czołgów. Takie rzekome przypadki, jako wyjątkowo liczne, szczegółowo opisywała faszystowska prasa. Równocześnie „relacjonując” wydarzenia z frontu, ukazywały je kroniki filmowe. Któż wówczas, oglądając te pełne dramatyzmu sceny, mógł wątpić w ich autentyzm? Kto by uwierzył, że gdzieś daleko za linią frontu filmowano przebrane w zdobyczne szynele, w polskich hełmach i z bronią oddziały niemieckiej jazdy. Potrzeba tzw. stopklatki, aby spostrzec mistyfikację – dopiero taki podgląd ukazuje, że filmowano oddział niemieckiej kawalerii (zachowali swoje siodła, spodnie i buty). Konspiracyjna prasa czasów okupacji nie dawała możliwości przeciwstawienia się „gadzinowskiej” propagandzie. Słyszałem (m.in. od rtm. Jana Ładosia, uczestnika szarży pod Krojantami), że faktycznie oficerów jazdy oburzał taki obraz kampanii wrześniowej. Nie był to jednak czas, nie było też możliwości, aby dementować podobne bzdury. Jest mi też wiadome, że niektórzy z wrześniowych oficerów na własne oczy widząc sfilmowane szarże (niemieckie kroniki) mieli wątpliwości – a może gdzieś coś takiego się zdarzyło? Z przykrością należy również odnotować, że w niektórych środowiskach na emigracji (zaślepienie walką polityczną?) mimo zdecydowanych protestów oficerów jazdy, pojawiał się ten mit. Być może wynika to z dziwacznego przekonania obowiązującego wśród znacznej części twórców naszej „historii”, że z tego, co dla Europy byłoby przejawem bezmyślnego zaślepienia i braku kompetencji, można uczynić powód do dumy, dowód miłości Ojczyzny i bezprzykładnego heroizmu. Zapewniam, że rozmawiając z kombatantami podczas rocznicowych spotkań (Krojanty, Walewice, Mokra) odniosłem wrażenie, iż temat szarż na czołgi nie wzbudzał w tamtym czasie nadmiernych emocji, wszystkich poraził Katyń.

Po wojnie ludowa władza ruszyła na bój z obszarnikami i burżuazją. Do „zaplutych karłów reakcji” wliczono oficerów kawalerii. Wtedy nadzwyczaj przydatnym okazał się ów, prawie zapomniany już fałsz niemieckiej propagandy. Czy można było znaleźć lepszy przykład nieodpowiedzialności, głupoty, braku kompetencji, a wreszcie pogardy dla prostego żołnierza (ułana), niż te „mołojeckie szarże”? Wspominano więc o tym tu, przypominano ówdzie, ale były przecież ważniejsze dla „przedstawicieli narodu” tematy. Niezaprzeczalnym hitem komunistycznej propagandy stał się film „Lotna” A. Wajdy. Recenzje, co oczywiste, były entuzjastyczne mimo, że reżyser podtrzymywał faszystowskie kłamstwo. Ubarwił je nawet absurdalną wizją rąbania pałaszem w lufę czołgu. Obiektywnie mogło by to być zrozumiałe, gdyby twórca otrzymał gażę za reklamowanie szabel produkowanych w Hucie Ludwików – że owszem, takim czymś to i armatę można przerąbać… Trzeba jednak pamiętać, że już wcześniej, zanim powstał ów film (1959 r.), tysiące wspaniałych ludwikówek wz. 34 przetopiono na „lemiesze”. Skoro nie była to reklama, cóż pozostaje? Nie mam ochoty dociekać racji, dla których powstał taki obraz. To czysta jak łza propaganda, czy po latach mętnie tłumaczona licencja poetica. Twórca musi wziąć odpowiedzialność za swoje dzieło szczególnie, jeśli posłużył się fałszem, który szeroko i głęboko wlał się w świadomość narodu. Nie powinno dziwić, że taki obraz wywołał szczere oburzenie w środowisku żyjących jeszcze wówczas kawalerzystów. Cios był tym bardziej bolesny, że na podobny koncept nie wpadli nawet czeladnicy „mistrza” Goebbelsa. Szczególnie wstrząśnięty był dowódca Wielkopolskiej Brygady Kawalerii gen. dr Roman Abraham. Skąd o tym wiem? Tu właśnie jest ten moment, aby opowiedzieć historię szarży, która miała miejsce nad wpadającą do Bzury rzeczką Mrogą. Przytoczę więc fragment wspomnianej książki (str. 89).

„Wielki znawca diabelskiej tematyki, autor licznych poświęconych jej książek, urodzony i wychowany w Łęczycy pan Wiktoryn Grąbczewski wspominał, że: W końcu 1959 roku przypadkowo spotkał gen. dr Romana Abrahama. Opowiedział mu zasłyszaną w okolicach legendę o Borucie – ułanie w Wielkopolskiej Brygadzie Kawalerii, o tym, jak dzielnie swoją lancą zakończoną widłami przecinał i zapalał czołgi najeźdźcy. Ponieważ spotkanie nastąpiło niedługo po premierze filmu Andrzeja Wajdy „Lotna”, generał był bardzo wzburzony i powiedział: Czy pan wierzy w te brednie dotyczące szarż na czołgi? To brednie! Niemieckie kłamstwa podchwycone przez naszych pseudo – historyków i innych kontynuatorów goebbelsowskiej propagandy. Chciano nas, dowódców, tym ośmieszyć, pokazać jako nieuków wymachujących szabelką i lancą na czołgi. To niechybna śmierć naszych żołnierzy, do której byśmy nie dopuścili... Widzę, że zmartwiłem pana niszcząc mu legendę. Ale, ale – gen. Abraham coś sobie przypomniał, złagodniał – W każdej legendzie jest jednak trochę prawdy. Przypominam sobie taki fakt. Mój sztab stanął w majątku Psary. Ja objeżdżałem oddziały, byłem też w Walewicach. W późnych godzinach popołudniowych odszukał mnie dowódca konnego patrolu i zameldował, że od strony Głowna pojawiło się sześć nieprzyjacielskich czołgów. Czołgiści stanęli nad rzeczką (Mrogą, przyp. JMP) i biwakują. Po usłyszeniu meldunku poleciłem wysłać tam grupę uderzeniową i zaatakować odpoczywających, jak tylko nastanie szarówka. Wyznaczeni do przeprowadzenia tej akcji ułani wyskoczyli na koniach z zarośli tak szybko, że Niemcy nie zdążyli zorganizować obrony. Część z nich poległa, część wzięliśmy do niewoli. W czasie tej szarży wzniesiono okrzyk hurrra! Były strzały. Płonące czołgi. Były trupy, jak to na wojnie. Z oddalonych budynków (Bielawy, przyp. JMP) wieśniacy musieli to wszystko obserwować i stąd zapewne powstała ta piękna, patriotyczna legenda.”

Legenda rzeczywiście piękna tym bardziej, że osnuta na autentycznym wydarzeniu. Z tego, co udało mi się wówczas ustalić wspomnianą grupę uderzeniową stanowili ochotnicy z 4 szwadronu 17 Pułku Ułanów dowodzonego przez rtm. Czesława Juścińskiego.

Pozycją wyjściową był wcześniej zajęty przez ten oddział teren w Walewicach, na którym obecnie stoją bloki mieszkalne, vis a vis (przeciwna strona szosy) pomnika upamiętniającego toczące się tam we wrześniu 1939 r. walki. Grupa uderzeniowa wraz z koniowodnymi liczyła nie więcej niż 30 osób* . Sakwy wypełnione zostały wiązkami granatów. Dodatkowo oddział dysponował dwiema rusznicami ppanc. i rkm-em. W pobliże miejsca, w którym zlokalizowana została kolumna niemieckich czołgów , ochotnicy przemieścili się prowadząc konie w ręku. Obsługi rusznic i rkm-u zajęły wyznaczone pozycje, ułani dosiedli koni i odbezpieczyli granaty. Na dany sygnał ruszyli do szarży na Niemców obrzucając czołgi wiązkami granatów. Przemknęli obok stalowych cielsk, zawrócili i ponowili atak. Straty własne były praktycznie żadne. Wszystkie czołgi płonęły!

Nie potrafię zrozumieć, dlaczego przez wiele lat wśród rocznicowych obchodów, ani w publikacjach o bitwie nad Bzurą (w tym walkach o Walewice) lub w utworzonej z pietyzmem Izbie Pamięci w bielawskiej szkole nie znalazły się wzmianki o tej szarży. Dlaczego rzecz zachowała się jedynie w ustnym przekazie i twórczości ludowych artystów.

Kiedy spisywałem walewicką legendę diabła Boruty, ów zainspirował mnie do zagłębienia się w epizod wrześniowej historii. Ten „czarny ułan”, albo jak nazywali go inni „ułan gen. Abrahama” jest znaczącym symbolem. Znaczącym, bo nadal panoszy się wytwór robaczywej wyobraźni – kawalerzysta bezrozumnie okładający szablą lufę wrażego czołgu.

Sądzę, że 75-ta rocznica wrześniowych zmagań to doskonały powód, aby nareszcie mógł zaistnieć polski jeździec szarżujący – owszem na czołgi – ale szarżujący nie dla zbędnej brawury, tylko właśnie po to, by je zniszczyć.

 

*W rozmowie z P. Grąbczewskim gen. Abraham wspominał, że: „Po usłyszeniu meldunku (o niemieckich czołgach – przyp. JMP) poleciłem natychmiast wysłać tam szwadron i zaatakować odpoczywających, gdy tylko nastanie szarówka…”. Wg moich ustaleń taki rozkaz dotarł do rtm. Juścińskiego. Z różnych przyczyn nie mógł być jednak wykonany przy użyciu całego szwadronu, dlatego dowódca zdecydował o wysłaniu złożonej z ochotników grupy uderzeniowej. Trudno jest obecnie ustalić liczbę niemieckich czołgów, których załogi odpoczywały nad Mrogą w pobliżu Bielaw po południu 10 IX 1939. Mówiono, że było ich kilkanaście. Wydaje się to mało prawdopodobne, dlatego ufając pamięci gen. Abrahama należy przyjąć, że było to sześć czołgów. Również nie jest już chyba możliwe stwierdzić, czy, a jeśli to ile znajdowało się tam samochodów (ew. pancernych). Jest bardzo prawdopodobne, że jakieś były, bo kolumnie czołgów towarzyszył oddział piechoty.

 

Aktualności

Poprzednia Następna

Ze sztambucha rzemieślnika

17-07-2015

CUDNIE JEST, A DALEJ… BEZ TYTUŁU     Polityka zajmuje mnie o tyle, że jej efekty...

Czytaj więcej

Ze sztambucha rzemieślnika

03-07-2015

A WŁAŚCIWIE TO O CO SIĘ ROZCHODZI?     No i nie wyzwolę się z rzemieślniczego...

Czytaj więcej

Ze sztambucha rzemieślnika

26-06-2015

PANTA RHEI     W tekście pt. „Panna Klio” ujawniłem pewność, że w historii prócz barwy,...

Czytaj więcej

Ze sztambucha rzemieślnika

23-06-2015

CUDA NAD WISŁĄ     Nie zaprzeczam – gorzała jest moją mateczką, siostrą przyrodzoną i miłośnicą...

Czytaj więcej

Ze sztambucha rzemieślnika

20-06-2015

PANNA KLIO     Osadzony w czasie między wyborczymi zawieruchami umyśliłem napisać coś pozornie bez związku...

Czytaj więcej

Ze sztambucha rzemieślnika

14-06-2015

MASZ PORTRET     Odebrałem kilka telefonów – zbyt mało, aby poczuć się celebrytą, jednak miło,...

Czytaj więcej

Ze sztambucha rzemieślnika

10-10-2014

A ŁOOO.… KRÓL JEST NAGI!!!       Jestem sobie rzemieślnik na emeryturze – mam czas. Ojczyzna zabezpieczyła...

Czytaj więcej

Ze sztambucha rzemieślnika

03-10-2014

ZAMIAST KOMENTARZY     Niniejsze zapisuję w sztambuchu, albowiem rzecz w znacznej części dotyczy mojej rzemieślniczej...

Czytaj więcej

SZARŻA NA CZOŁGI

09-09-2014

SZARŻA NA CZOŁGI        Ta historia wydarzyła się naprawdę. Czemu uznałem za stosowne o...

Czytaj więcej

Ze sztambucha rzemieślnika

29-08-2014

O PCHNIĘCIACH (SZTYCHACH) KAWALERYJSKĄ SZABLĄ     Wśród rozmaitych bajań buszuje i rozkwita mit o pchnięciach...

Czytaj więcej

Wybrane realizacje

Kontakt

Ignatki Os.
ul. Jeździecka 6
16-001 Kleosin
k/ Białegostoku

Tel. 693 265 882

E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.